Czy często zdarza się Wam płakać nad książką? Mnie, choć jestem osobą wrażliwą i pełną empatii, stosunkowo rzadko. Potrafię ryczeć bez opamiętania na filmach, ba, zwykła reklama potrafi sprawić, że w oku zakręci mi się łza (w zeszłym roku wzruszałam się za każdym razem, gdy w brytyjskiej telewizji leciała świąteczna reklama Tesco...), a ostatnio nawet oczy zaszły mi łzami podczas oglądania teledysku, w którym jedna z muzycznych gwiazd śpiewa razem z muppetami... Mój mąż niejednokrotnie obdarza mnie w takich sytuacjach spojrzeniem, z którego jednoznacznie wynika, iż zastanawia się, czy aby na pewno dobrze się czuję. Biorąc to wszystko pod uwagę można bez wahania stwierdzić, że jestem wyjątkowo płaczliwym odbiorcą. Więc dlaczego nie wzruszam się tak łatwo nad książką, zapytacie? Kto wie, być może wynika to z doboru powieści, po które sięgam. A może dlatego, że napisanie prawdziwie wzruszającej książki to nie lada sztuka.
Twórcy filmów mają do dyspozycji całą gamę środków przekazu - obraz, dźwięk, grę aktorską. Często najbardziej wzruszające sceny filmowe rozgrywają się bez udziału słów. By stworzyć podobny klimat, autor książki na swój użytek ma tylko słowa. To za ich pomocą musi przekazać wszystko to, co dla pełnego odbioru ma najistotniejsze znaczenie - nastrój, tło powieści, uczucia bohaterów. To właśnie talent pisarza do operowania słowem ma decydujący wpływ na to, jak czytelnik odbierze jego powieść. Czy będzie się bał, złościł lub wzruszał, czy też przebrnie przez tekst obojętnie, nie doświadczając żadnego z uczuć, które autor pragnął w nim wzbudzić. Natrafiałam na swej czytelniczej drodze na powieści ziejące sztucznością, wypełnione tkliwymi fragmentami, które we mnie budziły co najwyżej zniecierpliwienie. Zdarzało mi się także czytać książki, w których emocje, za pomocą zaledwie kilku prostych zdań, uderzały we mnie niczym fala - nagle, bez ostrzeżenia, dosłownie zwalając mnie z nóg.
W zeszłym roku miałam szczęście przeczytać trzy powieści, przy których wzruszyłam się do łez. Właśnie dlatego, że są tak świetnie napisane, tak przenikliwe, wzruszające prostotą i oczywistością życiowych prawd, ludzkich dramatów i radości. Oto i one:
Markus Zusak "Złodziejka książek", wyd. Nasza Księgarnia 2008
"Złodziejka książek" to książka niezwykła. Jej główną bohaterką jest dziewczynka, narratorem - Śmierć, a akcja rozgrywa się w nazistowskich Niemczech. Powieść ta zdobyła wiele nagród, figurowała na liście bestsellerów The New York Times przez ponad 230 tygodni (!), a w zeszłym roku miał swoją światową premierę film nakręcony na jej podstawie. Są to sukcesy w pełni zasłużone, bowiem Zusak ma prawdziwy dar do tworzenia scen, które zapadają głęboko w serce. Ta powieść jest dowodem na to, jak ogromna siła, jak wielki potencjał drzemie w prostych słowach.
J.K. Rowling "Trafny wybór", wyd. Znak 2012
Z pewnością byłam jedną z tysięcy czytelniczek i czytelników, którzy sięgnęli po "Trafny wybór" z ciekawości. Chciałam przekonać się, jak autorka Harry'ego Pottera poradziła sobie z powieścią dla dorosłych. I powiem Wam, że moim zdaniem poradziła sobie wyśmienicie. Udowodniła, że jest nie tylko utalentowaną pisarką, ale także uważną obserwatorką życia. "Trafny wybór" to powieść doskonale obrazująca niewielką społeczność prowincjonalnego, angielskiego miasteczka. Powieść pełna emocji, trafnych spostrzeżeń, żywych bohaterów, którym Rowling zagląda do umysłów i serc z niezwykłą przenikliwością. Powieść, która bawi, wzrusza, zmusza do refleksji. Prawdziwa do bólu. Ma w sobie wszystko to, co najbardziej cenię i lubię w powieściach.
Jodi Picoult "To, co zostało", wyd. Prószyński i S-ka 2013
Moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki nie było zbyt udane, ale koleżanka poleciła mi tę książkę. Zaufałam jej gustowi i powieść przeczytałam. Choć przeczytałam, to chyba za mało powiedziane. Ja tę książkę pochłonęłam, dosłownie żyłam nią przez kilka dni. Rewelacyjnie napisana, niezwykle poruszająca historia sięgająca czasów II wojny światowej. To także jedna z niewielu książek, które pozostawiły mnie z wyraźnym poczuciem niedosytu. Nie dlatego, że czegoś w niej zabrakło, o nie. Czułam niedosyt, ponieważ Picoult pozostawiła wiele pytań bez odpowiedzi, zmuszając mnie tym samym do zastanowienia się nad nimi. Sprawiła także, że jeszcze przez wiele dni po przeczytaniu książki zastanawiałam się, co by było, gdyby...
Powyższe książki i opisane w nich historie zdołały przeniknąć mnie na wskroś. Zawierają sceny tak żywe, tak wyraziste i chwytające za serce, że nie sposób jest przebrnąć przez nie obojętnie. Ich autorom chylę czoła. Nie każdy potrafi malować za pomocą słów. Polecam je Wam z całego serca!
środa, 26 marca 2014
niedziela, 2 marca 2014
Fikcja bez granic?
Czy zdarzyło się Wam kiedyś podczas oglądania filmu natrafić na niedorzeczną scenę, która nie miałaby prawa rozegrać się w realnym świecie? Albo wyłapać typową wpadkę, która pomimo całej rzeszy specjalistów i konsultantów zatrudnionych przy procesie produkcji jakimś cudem przedostała się do ostatecznej wersji kinowego dzieła? Mnie owszem i to dosyć często. Czasami zupełnie nie przeszkadza mi to w oglądaniu filmu i nie pozbawia przyjemności, jaką z tego czerpię. Czasami jednak takie absurdy i niedociągnięcia potrafią mnie zirytować i zaważyć na mojej opinii na temat filmu jako całości. Z reguły zależy to od gatunku, do którego film się zalicza i moich względem niego oczekiwań. Tak samo rzecz się ma w przypadku powieści.
Nie tak dawno pisałam o tym, dlaczego czytanie książek jest tak fantastycznym zajęciem (Żyję podwójnie). Dodrze napisana książka zabiera nas w niezapomnianą podróż, lecz aby to mogło mieć miejsce, musi zostać spełnionych kilka warunków. Brak błędów językowych i logicznych, spójność tekstu i opisywanej historii, żywe charaktery to moim zdaniem warunki podstawowe. Dalsze warunki będą z pewnością zależne od indywidualnych potrzeb i oczekiwań konkretnego czytelnika. Bo przecież każdy z nas ma swój gust i upodobania. Jednym do szczęścia wystarczy lekko napisana powieść romantyczna, inni wolą powieści z dreszczykiem lub trzymające w napięciu kryminały. Dla jednych wystarczy, by powieść była napisana poprawnie i zrozumiale, inni poszukują tekstów oryginalnych, wymagających językowo i zmuszających do myślenia. Dla mnie, jako czytelniczki, istotnym warunkiem jest realizm opisywanej historii oraz wiedza autora związana z poruszaną w książce problematyką. Innymi słowy oczekuję od powieści, że będzie w sposób możliwie wierny odzwierciedlać otaczającą nas rzeczywistość. Rzecz jasna to nie oznacza, że unikam powieści fantasy czy horrorów, wręcz przeciwnie! Bardzo lubię tego typu książki i zawsze jestem pełna podziwu dla wyobraźni ich twórców. Fikcja literacka ma to do siebie, że jest... fikcją, historią zrodzoną w znacznym stopniu lub w całości w głowie autora, a lista stojących przed nim możliwości jest praktycznie nieograniczona. Elfy, smoki, czarodzieje, zakochane wampiry, upiory i potwory - wszystko to jest w porządku dopóty, dopóki, że się tak kolokwialnie wyrażę, całość kupy się trzyma. Mój warunek dotyczy raczej powieści, które z założenia z fantastyką mają niewiele wspólnego.
Tak się składa, że często i z chęcią sięgam po powieści obyczajowe, psychologiczne, opisujące naszą zwykłą codzienność w sposób ciekawy i barwny, oddające ludzkie problemy i bolączki wiernie i ze sporą wnikliwością. I to właśnie w tego rodzaju powieściach trzymanie się realiów i bazowanie na rzetelnych informacjach ma moim zdaniem istotne znaczenie. Po pierwsze dlatego, że jako czytelniczka chcę odczuć, że autor wie, o czym pisze. Chcę zostać przekonana, chcę uwierzyć w każde słowo, chcę poczuć przelane na papier emocje. Po drugie dlatego, że brak znajomości poruszanego tematu, podawanie nieprawdziwych informacji związanych ze zjawiskami, które mogą bezpośrednio dotyczyć potencjalnego odbiorcę uważam za wyraz lekceważenia czytelnika. Po trzecie w końcu dlatego, że wielu czytelników czerpie swoją wiedzę z książek, często niestety nie oddzielając fikcji od faktów. Autor, szczególnie ten, który porusza trudne tematy lub tworzy powieści historyczne, powinien ważyć swoje słowa i poczuwać się do odpowiedzialności za to, co pisze.
Pisarz pragnący pisać o czymś, co z racji wykształcenia lub doświadczenia jest mu raczej obce (np. o zawodzie, którego nigdy nie wykonywał, kulturze, której nigdy nie poznał, konkretnej epoce historycznej lub związanych z nią wydarzeniach, chorobie, z którą nie miał styczności, czy też problemie natury społecznej, który bezpośrednio nie dotyka ani jego, ani nikogo z jego otoczenia), ma tak naprawdę trzy wyjścia:
- potraktować temat pobieżnie, nie wnikać w szczegóły i bazować jedynie na ogólnej wiedzy;
- puścić wodzy wyobraźni;
- zgłębić temat samemu lub zasięgnąć opinii osób, którym poruszana tematyka jest bliska.
Jeżeli autor potraktuje tematykę zbyt pobieżnie w sytuacji, gdy stanowi ona istotny wątek lub tło powieści, czytelnik może poczuć wyraźny niedosyt, a czasami nawet rozczarowanie. Jeżeli natomiast zacznie zmyślać, może wpaść w pułapkę stereotypowego myślenia, popełnić niewybaczalne gafy lub zaliczyć wpadki boleśnie obnażające jego niewiedzę. Dlatego też osobiście jako autorka i jako czytelniczka jestem zwolenniczką tej ostatniej opcji.
Oczywiście ścisłe trzymanie się faktów nie zawsze jest niezbędne. Czasami można lekko je nagiąć na potrzeby książki (np. przyśpieszyć lub ułatwić długo trwające procedury prawne itp.). Zdecydowanej większości czytelników niezaznajomionych z przepisami (w tym z pewnością i mnie :)) taki zabieg raczej umknie uwadze i nie wpłynie na odbiór książki. Czego jednak osobiście w powieściach obyczajowych nie lubię, to zamieszczania w nich absurdów i sytuacji niedorzecznych, nadmiernego przesładzania historii oraz przejaskrawiania lub ujednolicania charakterów i zachowań bohaterów w sposób, który przeszkadza mi w utożsamianiu się z nimi.
Kupując książkę w księgarni lub sięgając po nią w bibliotece czytelnicy obdarzają pisarza sporym kredytem zaufania. W zamian oczekują, że pisarz potraktuje ich poważnie, że dostarczy im produkt nie tylko zapewniający rozrywkę lub ucztę dla ducha (kto co woli), ale przede wszystkim dopracowany stylistycznie, bez panoszących się w tekście językowych i logicznych "baboli", które psują odbiór całości. Błędy w fikcji są trudne do uniknięcia. Wielu pisarzom, nawet tym popularnym i wprawionym w sztuce pisarskiej, zdarzają się większe lub mniejsze potknięcia, ale naszym obowiązkiem jako autorów jest dołożyć wszelkich starań, by ich w miarę możliwości unikać i nie hołdować zasadzie, że "ciemny lud wszystko kupi". Szanujmy inteligencję i spostrzegawczość czytelnika. Ot, tyle ode mnie w tym temacie :)
Nie tak dawno pisałam o tym, dlaczego czytanie książek jest tak fantastycznym zajęciem (Żyję podwójnie). Dodrze napisana książka zabiera nas w niezapomnianą podróż, lecz aby to mogło mieć miejsce, musi zostać spełnionych kilka warunków. Brak błędów językowych i logicznych, spójność tekstu i opisywanej historii, żywe charaktery to moim zdaniem warunki podstawowe. Dalsze warunki będą z pewnością zależne od indywidualnych potrzeb i oczekiwań konkretnego czytelnika. Bo przecież każdy z nas ma swój gust i upodobania. Jednym do szczęścia wystarczy lekko napisana powieść romantyczna, inni wolą powieści z dreszczykiem lub trzymające w napięciu kryminały. Dla jednych wystarczy, by powieść była napisana poprawnie i zrozumiale, inni poszukują tekstów oryginalnych, wymagających językowo i zmuszających do myślenia. Dla mnie, jako czytelniczki, istotnym warunkiem jest realizm opisywanej historii oraz wiedza autora związana z poruszaną w książce problematyką. Innymi słowy oczekuję od powieści, że będzie w sposób możliwie wierny odzwierciedlać otaczającą nas rzeczywistość. Rzecz jasna to nie oznacza, że unikam powieści fantasy czy horrorów, wręcz przeciwnie! Bardzo lubię tego typu książki i zawsze jestem pełna podziwu dla wyobraźni ich twórców. Fikcja literacka ma to do siebie, że jest... fikcją, historią zrodzoną w znacznym stopniu lub w całości w głowie autora, a lista stojących przed nim możliwości jest praktycznie nieograniczona. Elfy, smoki, czarodzieje, zakochane wampiry, upiory i potwory - wszystko to jest w porządku dopóty, dopóki, że się tak kolokwialnie wyrażę, całość kupy się trzyma. Mój warunek dotyczy raczej powieści, które z założenia z fantastyką mają niewiele wspólnego.
Tak się składa, że często i z chęcią sięgam po powieści obyczajowe, psychologiczne, opisujące naszą zwykłą codzienność w sposób ciekawy i barwny, oddające ludzkie problemy i bolączki wiernie i ze sporą wnikliwością. I to właśnie w tego rodzaju powieściach trzymanie się realiów i bazowanie na rzetelnych informacjach ma moim zdaniem istotne znaczenie. Po pierwsze dlatego, że jako czytelniczka chcę odczuć, że autor wie, o czym pisze. Chcę zostać przekonana, chcę uwierzyć w każde słowo, chcę poczuć przelane na papier emocje. Po drugie dlatego, że brak znajomości poruszanego tematu, podawanie nieprawdziwych informacji związanych ze zjawiskami, które mogą bezpośrednio dotyczyć potencjalnego odbiorcę uważam za wyraz lekceważenia czytelnika. Po trzecie w końcu dlatego, że wielu czytelników czerpie swoją wiedzę z książek, często niestety nie oddzielając fikcji od faktów. Autor, szczególnie ten, który porusza trudne tematy lub tworzy powieści historyczne, powinien ważyć swoje słowa i poczuwać się do odpowiedzialności za to, co pisze.
Pisarz pragnący pisać o czymś, co z racji wykształcenia lub doświadczenia jest mu raczej obce (np. o zawodzie, którego nigdy nie wykonywał, kulturze, której nigdy nie poznał, konkretnej epoce historycznej lub związanych z nią wydarzeniach, chorobie, z którą nie miał styczności, czy też problemie natury społecznej, który bezpośrednio nie dotyka ani jego, ani nikogo z jego otoczenia), ma tak naprawdę trzy wyjścia:
- potraktować temat pobieżnie, nie wnikać w szczegóły i bazować jedynie na ogólnej wiedzy;
- puścić wodzy wyobraźni;
- zgłębić temat samemu lub zasięgnąć opinii osób, którym poruszana tematyka jest bliska.
Jeżeli autor potraktuje tematykę zbyt pobieżnie w sytuacji, gdy stanowi ona istotny wątek lub tło powieści, czytelnik może poczuć wyraźny niedosyt, a czasami nawet rozczarowanie. Jeżeli natomiast zacznie zmyślać, może wpaść w pułapkę stereotypowego myślenia, popełnić niewybaczalne gafy lub zaliczyć wpadki boleśnie obnażające jego niewiedzę. Dlatego też osobiście jako autorka i jako czytelniczka jestem zwolenniczką tej ostatniej opcji.
Oczywiście ścisłe trzymanie się faktów nie zawsze jest niezbędne. Czasami można lekko je nagiąć na potrzeby książki (np. przyśpieszyć lub ułatwić długo trwające procedury prawne itp.). Zdecydowanej większości czytelników niezaznajomionych z przepisami (w tym z pewnością i mnie :)) taki zabieg raczej umknie uwadze i nie wpłynie na odbiór książki. Czego jednak osobiście w powieściach obyczajowych nie lubię, to zamieszczania w nich absurdów i sytuacji niedorzecznych, nadmiernego przesładzania historii oraz przejaskrawiania lub ujednolicania charakterów i zachowań bohaterów w sposób, który przeszkadza mi w utożsamianiu się z nimi.
Kupując książkę w księgarni lub sięgając po nią w bibliotece czytelnicy obdarzają pisarza sporym kredytem zaufania. W zamian oczekują, że pisarz potraktuje ich poważnie, że dostarczy im produkt nie tylko zapewniający rozrywkę lub ucztę dla ducha (kto co woli), ale przede wszystkim dopracowany stylistycznie, bez panoszących się w tekście językowych i logicznych "baboli", które psują odbiór całości. Błędy w fikcji są trudne do uniknięcia. Wielu pisarzom, nawet tym popularnym i wprawionym w sztuce pisarskiej, zdarzają się większe lub mniejsze potknięcia, ale naszym obowiązkiem jako autorów jest dołożyć wszelkich starań, by ich w miarę możliwości unikać i nie hołdować zasadzie, że "ciemny lud wszystko kupi". Szanujmy inteligencję i spostrzegawczość czytelnika. Ot, tyle ode mnie w tym temacie :)
czwartek, 13 lutego 2014
Powieść z muzyką w tle
Znacie to uczucie, gdy elementy układanki, którą staraliście się od jakiegoś czasu ułożyć w swojej głowie, zaczynają nagle same wskakiwać na swoje miejsce? Poczułam coś takiego, kiedy po raz pierwszy usłyszałam w radiu piosenkę pt. "Say something" w wykonaniu A Great Big World i Christiny Aguilery. Przed moimi oczami momentalnie rozegrały się sceny z powieści, nad którą obecnie pracuję, a po plecach przeszedł mnie dreszcz. Uświadomiłam sobie, jak ogromną rolę w pracy pisarza odgrywa muzyka.
Pisanie powieści, w przypadku wielu autorów, wiąże się z pewnymi rytuałami (ta sama pora dnia, ten sam fotel, filiżanka kawy, ulubiony długopis itp.) Każdy z nich ma także swój sprawdzony sposób na wprawianie się w odpowiedni do pisania nastrój. Oczywiście są na tym świecie szczęśliwcy, którzy dzięki latom praktyki i samozaparciu są w stanie zasiąść do pisania i... po prostu pisać. Bywa jednak, że uruchomienie wyobraźni wymaga czasu i odpowiednich przygotowań. Wyjście na spacer z psem, chwila zamyślenia przy gorącej czekoladzie, przeczytanie kilku ustępów wcześniej napisanego tekstu albo... słuchanie muzyki.
O znaczeniu muzyki w pracy pisarza wypowiadało się wielu znanych autorów. Powszechnie wiadomo, że wielkim miłośnikiem muzyki jest Stephen King, który lubi pisać w akompaniamencie głośnych utworów rockowych. Na portalach i forach literackich początkujący i doświadczeni pisarze wymieniają się uwagami i doświadczeniami związanymi ze słuchaniem muzyki przed lub w trakcie pisania. I choć większość ludzi pióra przyznaje, że najlepiej pisze się im w ciszy, wielu podkreśla znaczącą rolę muzyki w procesie powstawania powieści.
Muzyka inspiruje. Podobnie jak ścieżka dźwiękowa w filmie podkreśla nastrój chwili, tak muzyka w tle podczas pisania pozwala dotrzeć do głębszych pokładów opisywanej historii, wyzwalając w nas emocje i uczucia, które następnie staramy się jak najdokładniej przełożyć na słowa. Emocje te przesiąkają w tekst i nadają mu głębi. Sprawiają, że staje się on pełniejszy. Muzyka uwalnia naszą wyobraźnię, sprawia, że poszczególne sceny same zaczynają rozgrywać się w naszym umyśle, i choć efekt końcowy często jest zaledwie ułamkiem tego, co czuliśmy podczas pisania, bez wątpienia warto wypróbować muzyki w naszych poszukiwaniach natchnienia.
Zdarza się, że pisarze tworzą tzw. playlisty złożone z utworów muzycznych, które w ich odczuciu oddają klimat pisanej powieści i pomagają w wymyślaniu fabuły, a także w nadawaniu tekstowi odpowiedniego rytmu i tempa. Czasami jest to kilka różnych playlist, każda związana z innym bohaterem lub rozdziałem. Niektórzy pisarze dzielą się ze swoimi czytelnikami listą utworów, które towarzyszyły im podczas pisania. W Polsce playlisty można odnaleźć np. w powieściach Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Pisarka zapytana o znaczenie muzyki w swojej twórczości odpowiada: "Jest dla mnie motywacją, gdy wiem, że będę pisała jakąś wzruszającą scenę, szukam odpowiedniego podkładu, zakładam słuchawki i zamykam się na świat zewnętrzny. To mi pomaga lepiej wczuć się w postacie właśnie tworzone i przelać na "papier" uczucia, jakie je przepełniają. Jeżeli piszę jakąś ostrzejszą scenę, wówczas oczywiście dobieram muzę, która daje "powera". Nie potrafię pisać bez muzyki, chyba stało się to moim uzależnieniem, metodą, sposobem (niepotrzebne skreślić)".
Niektóre utwory mogą nie tylko wprowadzać w nastrój, ale wręcz stać się inspiracją dla zupełnie nowych pomysłów. Piosenka z dobrym tekstem stanowi bowiem historię samą w sobie i słuchana uważnie sprawia, że historia ta w naszym umyśle zaczyna żyć własnym życiem. Według mnie doskonałym przykładem mogą być tu "Rozbitkowie" Edyty Bartosiewicz lub "Someone like you" znanej brytyjskiej wokalistki Adele. Wspaniałe, przemyślane teksty, które aż proszą się o rozwinięcie w wyjątkową, poruszającą powieść. Dla pisarza takie muzyczne perełki mogą stanowić nie lada gratkę. Do innych zalet muzyki zaliczyć można zagłuszanie irytujących i rozpraszających odgłosów (np. śpiewającego pod prysznicem sąsiada...), jak również fakt, że może ona stać się częścią naszej historii, kolejnym elementem służącym przekazywaniu nastroju konkretnych scen (np. słowa piosenek nucone przez bohatera lub wzmianka o utworze lecącym w tle, dzięki czemu wzbogacamy obraz przekazywany czytelnikowi).
O tym, jaka muzyka jest najlepsza dla naszej twórczości, decydujemy my sami. Jest to sprawa bardzo indywidualna. Niektórzy autorzy podczas pisania słuchają muzyki klasycznej lub filmowej, ponieważ tekst w utworach muzycznych zbytnio ich rozprasza i wchodzi w konflikt z ich wewnętrznym głosem. Inni są w stanie słuchać muzyki z głośnym wokalem oraz ostrym i niepojącym brzmieniem, ponieważ w ich odczuciu to właśnie ona najlepiej oddaje klimat powieści, którą akurat tworzą.
Osobiście bardzo lubię słuchać muzyki i wyłapywać z niej ulotne i wyjątkowe emocje, które później staram się przelać na papier najwierniej, jak tylko potrafię. Lubię dopasowywać utwory do poszczególnych fragmentów moich powieści, wsłuchiwać się w tekst. Muzyka działa bowiem niczym wzmacniacz i nadaje słowom i zdaniom niezwykłą siłę oddziaływania. Wyłania z nich ich głębszy sens i sprawia, że odbieram go całą sobą. Lubię też od czasu do czasu zasypiać przy muzyce. Stanowi ona wtedy tło dla scen które rozgrywają się w mojej wyobraźni. Czasami utwór muzyczny tak doskonale wkomponuje się w moją historię, że mam wrażenie, jakby stanowił jej część. Wiele lat temu piosenkę pt. "Change" zespołu Deftones odsłuchałam co najmniej kilkadziesiąt razy podczas pisania jednego opowiadania. To właśnie dzięki niej zyskało ono specyficzny, mroczny klimat, o jaki mi chodziło.
Muzyka od samego początku stanowiła istotny element mojej pracy nad tekstem i nie sądzę, aby to kiedykolwiek miało się zmienić. Na koniec dla zainteresowanych przedstawiam kilka utworów, które odegrały znaczącą rolę w powstawaniu "Niezapominajek" i "W poszukiwaniu siebie".
Pisanie powieści, w przypadku wielu autorów, wiąże się z pewnymi rytuałami (ta sama pora dnia, ten sam fotel, filiżanka kawy, ulubiony długopis itp.) Każdy z nich ma także swój sprawdzony sposób na wprawianie się w odpowiedni do pisania nastrój. Oczywiście są na tym świecie szczęśliwcy, którzy dzięki latom praktyki i samozaparciu są w stanie zasiąść do pisania i... po prostu pisać. Bywa jednak, że uruchomienie wyobraźni wymaga czasu i odpowiednich przygotowań. Wyjście na spacer z psem, chwila zamyślenia przy gorącej czekoladzie, przeczytanie kilku ustępów wcześniej napisanego tekstu albo... słuchanie muzyki.
O znaczeniu muzyki w pracy pisarza wypowiadało się wielu znanych autorów. Powszechnie wiadomo, że wielkim miłośnikiem muzyki jest Stephen King, który lubi pisać w akompaniamencie głośnych utworów rockowych. Na portalach i forach literackich początkujący i doświadczeni pisarze wymieniają się uwagami i doświadczeniami związanymi ze słuchaniem muzyki przed lub w trakcie pisania. I choć większość ludzi pióra przyznaje, że najlepiej pisze się im w ciszy, wielu podkreśla znaczącą rolę muzyki w procesie powstawania powieści.
Muzyka inspiruje. Podobnie jak ścieżka dźwiękowa w filmie podkreśla nastrój chwili, tak muzyka w tle podczas pisania pozwala dotrzeć do głębszych pokładów opisywanej historii, wyzwalając w nas emocje i uczucia, które następnie staramy się jak najdokładniej przełożyć na słowa. Emocje te przesiąkają w tekst i nadają mu głębi. Sprawiają, że staje się on pełniejszy. Muzyka uwalnia naszą wyobraźnię, sprawia, że poszczególne sceny same zaczynają rozgrywać się w naszym umyśle, i choć efekt końcowy często jest zaledwie ułamkiem tego, co czuliśmy podczas pisania, bez wątpienia warto wypróbować muzyki w naszych poszukiwaniach natchnienia.
Zdarza się, że pisarze tworzą tzw. playlisty złożone z utworów muzycznych, które w ich odczuciu oddają klimat pisanej powieści i pomagają w wymyślaniu fabuły, a także w nadawaniu tekstowi odpowiedniego rytmu i tempa. Czasami jest to kilka różnych playlist, każda związana z innym bohaterem lub rozdziałem. Niektórzy pisarze dzielą się ze swoimi czytelnikami listą utworów, które towarzyszyły im podczas pisania. W Polsce playlisty można odnaleźć np. w powieściach Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Pisarka zapytana o znaczenie muzyki w swojej twórczości odpowiada: "Jest dla mnie motywacją, gdy wiem, że będę pisała jakąś wzruszającą scenę, szukam odpowiedniego podkładu, zakładam słuchawki i zamykam się na świat zewnętrzny. To mi pomaga lepiej wczuć się w postacie właśnie tworzone i przelać na "papier" uczucia, jakie je przepełniają. Jeżeli piszę jakąś ostrzejszą scenę, wówczas oczywiście dobieram muzę, która daje "powera". Nie potrafię pisać bez muzyki, chyba stało się to moim uzależnieniem, metodą, sposobem (niepotrzebne skreślić)".
Niektóre utwory mogą nie tylko wprowadzać w nastrój, ale wręcz stać się inspiracją dla zupełnie nowych pomysłów. Piosenka z dobrym tekstem stanowi bowiem historię samą w sobie i słuchana uważnie sprawia, że historia ta w naszym umyśle zaczyna żyć własnym życiem. Według mnie doskonałym przykładem mogą być tu "Rozbitkowie" Edyty Bartosiewicz lub "Someone like you" znanej brytyjskiej wokalistki Adele. Wspaniałe, przemyślane teksty, które aż proszą się o rozwinięcie w wyjątkową, poruszającą powieść. Dla pisarza takie muzyczne perełki mogą stanowić nie lada gratkę. Do innych zalet muzyki zaliczyć można zagłuszanie irytujących i rozpraszających odgłosów (np. śpiewającego pod prysznicem sąsiada...), jak również fakt, że może ona stać się częścią naszej historii, kolejnym elementem służącym przekazywaniu nastroju konkretnych scen (np. słowa piosenek nucone przez bohatera lub wzmianka o utworze lecącym w tle, dzięki czemu wzbogacamy obraz przekazywany czytelnikowi).
O tym, jaka muzyka jest najlepsza dla naszej twórczości, decydujemy my sami. Jest to sprawa bardzo indywidualna. Niektórzy autorzy podczas pisania słuchają muzyki klasycznej lub filmowej, ponieważ tekst w utworach muzycznych zbytnio ich rozprasza i wchodzi w konflikt z ich wewnętrznym głosem. Inni są w stanie słuchać muzyki z głośnym wokalem oraz ostrym i niepojącym brzmieniem, ponieważ w ich odczuciu to właśnie ona najlepiej oddaje klimat powieści, którą akurat tworzą.
Osobiście bardzo lubię słuchać muzyki i wyłapywać z niej ulotne i wyjątkowe emocje, które później staram się przelać na papier najwierniej, jak tylko potrafię. Lubię dopasowywać utwory do poszczególnych fragmentów moich powieści, wsłuchiwać się w tekst. Muzyka działa bowiem niczym wzmacniacz i nadaje słowom i zdaniom niezwykłą siłę oddziaływania. Wyłania z nich ich głębszy sens i sprawia, że odbieram go całą sobą. Lubię też od czasu do czasu zasypiać przy muzyce. Stanowi ona wtedy tło dla scen które rozgrywają się w mojej wyobraźni. Czasami utwór muzyczny tak doskonale wkomponuje się w moją historię, że mam wrażenie, jakby stanowił jej część. Wiele lat temu piosenkę pt. "Change" zespołu Deftones odsłuchałam co najmniej kilkadziesiąt razy podczas pisania jednego opowiadania. To właśnie dzięki niej zyskało ono specyficzny, mroczny klimat, o jaki mi chodziło.
Muzyka od samego początku stanowiła istotny element mojej pracy nad tekstem i nie sądzę, aby to kiedykolwiek miało się zmienić. Na koniec dla zainteresowanych przedstawiam kilka utworów, które odegrały znaczącą rolę w powstawaniu "Niezapominajek" i "W poszukiwaniu siebie".
Subskrybuj:
Posty (Atom)



